„Ale po co Ty właściwie jedziesz do tej Australii?“

„Ale po co Ty właściwie jedziesz do tej Australii?“ – i inne najczęściej zadawane pytania. Na początku mnie to dziwiło, później denerwowało. Jak to „po co jadę do Australii?“ czy to nie jest jasne? Żeby odwiedzić nowe miejsce! Poznać świat i …zarobić pieniądze. Tak. Większość osób, które podróżują jakoś muszą zarabiać pieniądze na tę wojaże. Druga część ma bogatych bliskich, trzecia część …lepiej nie widzieć.

W jednym z postów wymieniłam odwiedzone już państwa. W większości miejsc pracowałam albo studiowałam i tym samym dostawałam granty. Granty czyli wsparcie finansowe, które pomaga w utrzymaniu się za granicą. Podczas swojego pierwszego Erasmusa udało mi się nawet trochę z tego dofinansowania zaoszczędzić.

W Portugalii trafiłam na stosunkowo tanie miasto do życia ale też mało atrakcyjne. Nie przeszkadzało mi to bardzo, zaoszczędziłam dzięki temu sporą sumę, która wydałam na wyjazd do USA. I tak to od pięciu lat moje finanse kręcą się od wyjazdu do wyjazdu. Ale o tym kiedy indziej.

„Co Ty tam będziesz robić?“ Jak widać nawet kiedy straciłam pracę, w tej wyjątkowej sytuacji, staram się znaleźć sobie nowe zajęcie. Tak. Tutaj wjeżdża blog. Jeśli nie przynoszące korzyści finansowych to przynajmniej rozwijające. W Australii miałam zamiar pracować w kuchni i jak wiecie z poprzedniego wpisu, link tu, po części się to udało. Mam nadzieję, że gdy sytuacja z Koronawirusem się unormuje wrócę do pracy w kuchni, dlatego, że jest to moja pasja. Jest to bardzo inspirujące zajęcie, które daje mi wiele satysfakcji. Ucząc się nowych smaków, pracy w zespole, w bardzo specyficznym środowisku, wiem, że mogę na prawdę wiele osiągnąć. Już przełamałam wiele barier, a przede mną kolejne.

Od wtajemniczonych pojawiały się bardziej zaawansowane pytania, o to, czy mam już na miejscu pracę. Jadąc do USA agencja, która pomagała mi z wiza – i pobierała prowizje, załatwiała mi pracę. Jadąc do Holandii, również miałam nagraną pracę, jeszcze będąc w Polsce. Okazało się to fiaskiem ale o tym może kiedyś opowiem. Natomiast do Australii przyjechałam na własną rękę. Wiza, bilety, zakwaterowanie wszystko we własnym zakresie, już na miejscu. O ile rozumiem ciekawość, o tyle po tym pytaniu następowało zawsze nieodłącznie:

…kolejne nieśmiertelne pytanie. „A Ty się tak nie boisz podróżować?“ Oczywiście, że się boje. Bez strachu byłoby to nieodpowiedzialne i zapewne niebezpieczne. Dzięki temu, że się boje sprawdzam bezpieczeństwo danego regionu, zawsze pilnuje, jak oka w głowie dokumentów, pieniędzy i nigdy nie zostawiam drinków bez nadzoru.

„Jak na Twoje wyjazdy reagują bliscy?“ Tutaj pewna historia. Kiedy pierwszy raz wyjeżdżałam na Erasmusa, w 2015 roku, mieszkałam w domu rodzinnym, a najdłużej byłam poza nim na 2 tygodniowych wakacjach w Polskich górach. W październiku 2014 roku kiedy zaczęłam studia powiedziałam rodzicom, że ja wyjadę na pół roku na studia, za granicę. Chyba mi nie uwierzyli. Pożartowaliśmy, a ja zaczęłam załatwiać dokumenty. Kiedy pewnego dnia miałam już wszystko gotowe i został zakup biletów znów wróciłam do rozmowy. Chyba byli w lekkim szoku ale nie mieli wyboru, byłam dorosła. Wspierali moje decyzje.

Ja jednak bardzo lubiłam im robić niespodzianki i tak w 2016 roku, w październiku, zaczęłam procedury w biurze Camp America dotyczące wyjazdu do USA. Miałam oznajmić, że wyjeżdżam jak wszystko się uda. Wtedy nie wierzyłam we własne szczęście i możliwości. Aż pewnego dnia kiedy właściwie wyjazd był już na ostatniej prostej, przyszła do domu koperta z biura, opatrzona wielkim napisem CAMP AMERICA. Ja byłam poza domem a rodzice, no cóż… odbierając pocztę musieli mieć niezła minę. Siostra zadzwoniła do mnie i zacytowała mamę „No nie mów, że tym razem leci do Ameryki“. Wiele tłumaczyć nie musiałam, właściwie chcieli wiedzieć czy to bezpieczne i …kiedy lecę.

Po tych eskapadach Australia nie była już takim wielkim zaskoczeniem. Raz jednak chciałam lecieć do Meksyku z dnia na dzień, wtedy byli lekko podenerwowani. Ale na szczęście, dla nich, szybko porzuciłam ten pomysł.

Co do znajomych i dalszej rodziny to dzielą się na dwie albo może nawet trzy grupy. Tych którzy wspierają i kibicują, niezależnie od destynacji. Tych którzy podziwiają i zazdroszczą ale sami się boją lub nie mogą wyjechać. Ta grupa zazdrości pozytywnie lub negatywnie. Oraz tych którzy to wyśmiewają i uważają, że powinnam zająć się pracą na etat. Jeśli jesteś w tej grupie właśnie mówię Ci paaaa!

„Co trzeba zrobić żeby wyjechać?“ To powtarzało się tak często, że aż założyłam bloga. Może nie do końca tylko dlatego… W każdym razie, tutaj odsyłam do wpisu, w którym krok po kroku wyjaśniam, co zrobiłam, aby znaleźć się tu gdzie jestem. Link do tekstu.

Sporadycznie ktoś pytał, czy znam kogoś w Australii. Na szczęście, bo znajomości szczególnie kiedy wybiera się na przeciwną półkule, są bardzo ważne – mogłam odpowiedzieć, że znam. W USA – czyli w podróży (ależ te podróże przydatne!), poznałam Australijczyka, który bardzo pomógł mi po przylocie. Mimo, że dość szybko się odnalazłam to takie, nawet techniczne wsparcie jak odebranie z lotniska, czy przenocowanie, jest bardzo ważne.

Ostatnia grupa pytań retorycznych: Czy spakowałam gaśnice? (wyjeżdżałam kiedy szalały tu pożary), Czy nie boje się węży, pająków? Czy zobaczę koalę i kangura. (Widziałam!) I najważniejsze, czy wrócę? Kiedyś wrócę.

Do poczytania niebawem! Kate.

7 myśli na temat “„Ale po co Ty właściwie jedziesz do tej Australii?“

    1. Niestety o Holandii nie mogę napisać zbyt wiele ani też zbyt dobrze. Była to ponad miesięczna przygoda, jednak niefortunnie trafiłam w kiepskie środowisko, przerobiłam dwie agencje z żadnej nie byłam zadowolona. Więc w momencie kiedy przebywanie tam stało się dla mnie bardzo niekomfortowe po prostu wróciłam. Jednak nie z podkulonym ogonem, a z nowym doświadczeniem i wiedzą. Jak następnym razem zrobić to lepiej. 😉

      Polubienie

      1. Agencje pracy w holandii ocierają się o współczesne niewolnictwo. Niestety – jeśli chce się tutaj pracować ciężko i uczciwie i nie być przy tym oszukiwanym na każdym kroku to trzeba od podstaw samemu o siebie zadbać. Rozumiem, że na tymczasówkę agencja wydaje się lepszą opcją, bo cała papierologia robi się sama, ale w Holandii jeszcze nie słyszałam o agencji, która w 100 procentach gra uczciwie i nie próbuje na jakimś polu zarobić nieuczciwie na pracownikach. A to jakieś dziwne dopłaty, a co housing strasznie przepłacony…. Pojedyncza osoba za pokój miesięcznie płaci tyle, co by zapłaciła za wynajem całkiem dobrego całego domu tylko dla siebie. Ale mało kto to wie i też ciężko znaleźć dom na wynajem, bo rynek jest w strasznym stanie.

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s