Dlaczego w San Francisco nie tak łatwo zobaczyć Golden Gate. USA Zachód (cz. 2)

Poprzedni wpis poświęcony pierwszej części mojej podróży po USA zawierał informacje o odwiedzonych parkach i kilku miastach. Znajdziecie go tu. Trzeci i ostatni tydzień na zachodnim wybrzeżu, poświęciliśmy głównie na zwiedzanie miast. Myślę, że były to całkiem dobrze zachowane proporcje. Jednak jeśli nie jesteście fanami dużych miast zdecydowanie polecam wydłużyć czas zwiedzania na rzecz parków narodowych.

Najpiękniejsze wybrzeże Ameryki, gdzieś we mgle

Kiedy po ekspresowym zrobieniu sobie zdjęć pod znakiem Las Vegas, niedzielnym rankiem wyruszyliśmy w trasę do San Francisco wiedzieliśmy, że północna Kalifornia może przywitać nas chłodem. Trasa, pomimo wyboru autostrad, zajęła nam cały dzień i dopiero koło 22 dojechaliśmy do zarezerwowanego wcześniej hotelu. Wybraliśmy tym razem hotel na obrzeżach, gdyż na wybrzeżu dużo trudniej o bezpłatne miejsca noclegowe. Również campingi, nawet te płatne, rezerwowane są z wyprzedzeniem.

Kolejka aby zrobić sobie zdjęcie pod znakiem Las Vegas

Po krótkiej nocy wyruszyliśmy w stronę centrum San Francisco, gdyż tego dnia mieliśmy zarezerwowane zwiedzane słynnego więzienia Alcatraz. W cenie biletu dopływa się na wyspę Alcatraz promem. Bilety kupiliśmy wcześniej przez internet, obawialiśmy się, że nie dostaniemy ich na miejscu, a w San Francisco planowaliśmy zostać tylko jeden dzień. Link do biletów tutaj. Wrażenia ze zwiedzania więzienia niesamowite ale ciekawą atrakcją było samo przepłynięcie promem na wyspę i widok z okien więzienia na miasto.

Więzienie i wyspa Alcatraz widziane z promu

Jeszcze tego samego dnia, po południu, mieliśmy w planach zobaczenie najsłynniejszego w USA – mostu Golden Gate. Czyli czerwonego olbrzyma łączącego półwysep San Francisco z częścią lądową. Dlaczego się to nie udało? Tutaj figla spłatała nam pogoda, o której wspomniałam wyżej. Na wybrzeżu nie było co prawda dużo chłodniej ale pojawiły się mgły. O czym dosadnie przekonaliśmy się jeszcze w kolejnych dniach. Ale o tym zaraz. Kiedy w centrum miasta świeciło słońce i przechadzaliśmy się po nim w letnich ubraniach, dojeżdżając na most okazało się, że jest on cały pokryty mgłą. Tylko most. Biały pas chmur okalających czerwoną konstrukcję uniemożliwił podziwianie jej z daleka, jak również z bliska. Poniżej zdjęcie z tarasu widokowego…

Taras z widokiem na Golden Gate (podobno)

Tym samym największa atrakcja pozostała nadal na liście miejsc do odwiedzenia. Ten ogromny zawód poprowadził nas do kolejnej amerykańskiej burgerowni. Tym razem było to Wendy’s. W tym tygodniu codziennie testowaliśmy coś nowego. Skutkiem czego był wstręt do fast foodów na kolejne miesiące, po powrocie do Polski. Wieczorem ruszyliśmy w stronę Doliny Krzemowej ale po całym dniu wrażeń i braku planów noclegowych ominęliśmy siedzibę Google i Facebook’a. Wszystko wskazuje na to, że do San Francisco jeszcze trzeba będzie powrócić.

Słynny most Golden Gate
Strome uliczki San Francisco, w oddali zatoka

Kolejny dzień zaczęliśmy od typowego Amerykańskiego śniadania, w małej rodzinnej knajpce. Jajka sadzone, chrupiący bekon polany syropem klonowym, trochę inna wersja placków ziemniaczanych, które znamy, czyli Hash brown-sy i niekończąca się dolewka czarnej kawy. Po takich rarytasach przyszło nam szukać pralni, już od wielu dni nie mielimy możliwości zrobić prania. Na szczęście słynne Amerykańskie pralnie to nie jest filmowy mit. Do automatu wrzuca się quartery czyli 25 centówki, i za około 3$ można zrobić pranie i od razu je wysuszyć. To właśnie w USA pokochałam – suszarki elektryczne. Podobno niszczą ubrania ale wygoda podczas podróży lub po prostu w codziennym życiu nieoceniona.

Amerykańska pralnia

Tego dnia boleśnie, po raz kolejny, przekonaliśmy się, że pogoda na wybrzeżu lubi płatać figle. Trasę Stanową Jedynką, od Monterey – miasteczka przy zatoce o takiej samej nazwie, pokonaliśmy we mgle. Piękne zdjęcia z mostu Bixby Bridge, który możecie znać z czołówki ,,Wielkich Kłamstewek”, u nas wyglądały mrocznie i tajemniczo. A ciemne niebo nadawało szarej barwy oceanowi, który cały czas ciągnął się po prawej stronie drogi, zaraz za barierką i skarpą oddzielającą drogę od oceanu. California State Route 1 znana na całym świecie, według Wikipedii i wielu znajomych, biegnie wzdłuż jednej z najładniejszych linii brzegowych w Stanach Zjednoczonych. Nasze wrażenia, przez towarzyszące mgły, były zgoła inne. No cóż… kolejny powód aby wrócić w to miejsce.

Bixby Bridge
Czasem mgła, na chwilę, odkrywała piękno wybrzeża
A czasem dodawała uroku…

Trasę od San Francisco do Santa Barbara – czyli najpiękniejszego kurortu wakacyjnego jaki w życiu widziałam, pokonaliśmy w dwa dni. W międzyczasie nocowaliśmy na campingu, na wybrzeżu, gdzie mimo chłodu i mgły urządziliśmy grilla, na pocieszenie, po niezbyt udanej trasie. Cały czas korzystaliśmy z aplikacji IOverlander, która podpowiadała Nam gdzie szukać darmowych lub płatnych miejsc noclegowych, pryszniców, czy parkingów. W Santa Barbara, w końcu odwiedziliśmy plażę oraz kolejnego burgera – tym razem Jack in the box. Tego dnia mieliśmy najpiękniejszy nocleg całej podróży. Hotele z Vegas mogą się schować! Wiedząc, że podczas tego noclegu prysznica nie będzie, podjechaliśmy jeszcze na koniec dnia na plażę, i jak wielu turystów i… bezdomnych, skorzystaliśmy z pryszniców miejskich na otwartej przestrzeni. A sam nocleg najpiękniejszy, bo na górze, nieopodal miasta. Z widokiem na ocean i oświetlone budynki. Szalona aplikacja zasugerowała nam po prostu skręcić w zatoczkę podczas jazdy pod górę, zatrzymać się i rozbić namiot.

Zachód słońca w Santa Barbara
Piękna plaża w Santa Barbara

Nie obyło się bez przygód. Rano, nieopodal namiotu, znaleźliśmy portfel z dokumentami – bez pieniędzy. Prawdopodobnie pochodził z kradzieży. Niesieni wrażeniami ze zbyt wielu obejrzanych odcinków Agentów NCIS, czym prędzej opuściliśmy podejrzane miejsce. Kolejny dzień obfitował w… korki. Ośmio-pasmowe autostrady Los Angeles nie dają sobie rady z natężeniem ruchu. Nasz plan jednak zakładał nocleg w San Diego. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze na plaży w Malibu aby pooglądać najsłynniejszych surferów na świecie. Zahaczyliśmy też o Santa Monica ale do tego miejsca jeszcze wróciliśmy podczas pobytu w Los Angeles.

Widoki z plaży w Malibu

Na autostradzie, która miała kilka pasów w jedną stronę, wiadukt pod nami i nad nami, nie raz zgubiliśmy sygnał GPS. Poruszanie się w ślimaczym tępię pozwoliło nam jednak na trzymanie się zamierzonej trasy i obejrzenie niezliczonej ilości Tesli poruszających się skrajnym lewym pasem wyznaczonym dla aut o napędzie elektrycznym. Kolejny nocleg z wrażeniami zorganizowaliśmy sobie na własne życzenie. Rozbiliśmy bowiem namiot w miejscu gdzie rosła najpiękniejsza trawa, złudnie myśląc, że będzie miękko i przyjemnie… O 3 w nocy okazało się, że trawa była taka piękna, ponieważ jest regularnie zraszana. I tak nasz namiot, śpiwory i oczywiście my sami, mieliśmy chłodny prysznic w środku nocy… O 7 rano kolejny. No cóż, przynajmniej wstaliśmy wcześniej. Dodam, że nasz namiot pochodził z wystawki i nie był zbyt profesjonalny. Na Kalifornijskie noce w sam raz, na deszcz i wiatr – zdecydowanie nie.

Przemoczony namiot

Dzięki żwawej pobudce dzień zaczęliśmy stosunkowo wcześnie ale w nie najlepszych humorach. Trzeci tydzień w podróży to nie tylko ogromna ilość wrażeń. To też zmęczenie ciągłym planowaniem, zmianami miejsca, obawami co przyniesie kolejny dzień… Z racji tego, że połowa ekipy miała przed sobą kolejne tygodnie podróży po USA, a druga, lot powrotny za kilka dni, nie mogliśmy wszyscy udać się do Meksyku. San Diego jest bowiem idealna bazą wypadową do Tijuany. Na wizie studenckiej J1, wjazd do Meksyku jest możliwy, aczkolwiek można napotkać problemy z powrotem do USA (problemy pojawiają się kiedy lot powrotny do Europy jest za mniej niż 14 dni). Nie mogliśmy zatem ryzykować. Po odstawieniu dwójki z ekipy na granicę z Tijuaną, którą można już przekroczyć pieszo, wraz z chłopakiem udałam się do kolejnego kultowego miejsca. Na śniadanie do Denny’s. Wcześniej jednak znaleźliśmy kolejny camping, w którym pozostawiliśmy nasz namiot do wyschnięcia.

Śniadanie w Denny’s

Kultowe śniadanie w Denny’s to obowiązkowo amerykańska czarna kawa z dolewką, puszyste pankejki, oraz jajka „Sunny Side” – czyli nasze sadzone. Do tego Hash brown’sy, o których już wspominałam, czyli starte ziemniaki smażone w formie placków. Jak nasze ziemniaczane, tylko bez dodatków jajka i mąki. No i chrupiący bekon polany słodkim syropem klonowym. Kilka dni wcześniej zjedliśmy podobne specjały w lokalnym barze, jednak pamiętajmy, że w USA wszystko jest mrożone i gotowe do podania, więc nie ma co doszukiwać się walorów smakowych i porównywać poszczególne miejsca. Może kiedyś opiszę Amerykańska kuchnię, w której pracowałam. Ale zapewniam Was, że jajecznica z kartonu to będzie najmniejsze zaskoczenie tego wpisu.

W San Diego czekały na nas kolejne piękne plaże – Children’s pool i La Jolla, a także młode foki, wygrzewające się na słońcu, w zaciszu falochronu. Popołudnie spędziliśmy w ogromnym Outlecie przy granicy z Tijuaną. Odbierając znajomych z wycieczki do Meksyku na pocieszenie zrobiłam małe zakupy. W USA jest wiele Shopping Mall – czyli ogromnych centrów handlowych, gdzie pomiędzy sklepami, przechadza się po otwartej przestrzeni na powietrzu. Ceny są na prawdę konkurencje, zatem zakupoholików nie brakuję. Odwiedzone tego dnia Las Americas Premium Outlets to około 100 sklepów od marek premium, po Amerykańskie sieciówki, innymi słowy – każdy znajdzie coś dla siebie. Głodomory zawsze mogą poczekać w Food Court – gdzie znajdowały się burgerownie.

Następny dzień poświęciliśmy na zwiedzanie centrum San Diego, Old Town San Diego State Historic Park – czyli zabytkowej część miasta, wyjętej żywcem z Westernów oraz przejazd na wyspę Coronado Island. Na wyspie znajduję się wiekowy, wiktoriański Hotel del Coronado, a zarazem największy drewniany budynek w USA. Widzieliśmy też zacumowany lotniskowiec amerykański – USS Midway (CVB/CVA/CV-41), pełniący obecnie funkcję muzeum. Wieczorem wyruszyliśmy w drogę do Los Angeles, gdzie czekał już na nas zarezerwowany na ostatnie trzy dni hotel.

Old Town San Diego
Pozostałości po westernach
Lotniskowiec USS Midway

Męska część ekipy przypomniała sobie o legendarnym polskim piłkarzu – Kazimierzu Deyna. Reprezentant Polski w latach 1968–1978, ostatnie lata swojego życia spędził właśnie w San Diego. Sprawdziliśmy szybko adres i udaliśmy się pod jego dom. Nie ma tam obecnie żadnego śladu po piłkarzu. Okazało się jednak, że będziemy przejeżdżać również trasą, na której zginał, w wypadku samochodowym. Jakie było nasze zdziwienie, kiedy już wieczorem, w Los Angeles, przeczytaliśmy, że odwiedziliśmy miejsce jego śmierci dokładnie w 30 rocznicę wypadku!

Następny dzień rozpoczęliśmy od eksplorowania Los Angeles. Podjazd pod znak Hollywood, obowiązkowe zdjęcia. Potem przejażdżka przez Beverly Hills – znane z serialu Beverly Hills, 90210, emitowanego w Amerykańskiej telewizji w latach ’90. Dodatkowo spacer po Rodeo Drive czyli najdroższej ulicy Stanów Zjednoczonych. Marki premium, takie jak np. Luis Vuitton, mają nawet po dwa butiki na ulicy, a każdy z nich jest pilnie strzeżony przez ochronę. Mieliśmy nadzieję na spotkanie jakiejś gwiazdy robiącej zakupy ale spotkał nas tylko zawód. Portfele nie pozwalały na zakupy dlatego szybko udaliśmy się do alei gwiazd.

Wzgórze Hollywood
Beverly Hills
Jeden z butików Louis Vuitton
Standardowe auto spotykane na Rodeo Drive
Rodeo Drive

Hollywood Walk of Fame to dopiero było rozczarowanie! Tłumu turystów można się było spodziewać ale zadeptanych, często zniszczonych płyt chodnikowych pełniących rolę najsłynniejszych gwiazd na świecie, już nie. Swoją drogą dopiero zagłębiając się w temat i planując trasę po LA dowiedziałam się, że aby mieć gwiazdę w Alei Sław wystarczy słono zapłacić, a niekoniecznie wielce się zasłużyć dla artystycznego świata… Spacer umiliło nam jednak spotkanie znajomych, z polski, z którymi pracowaliśmy. Ale ten świat mały!

Gwiazdy na Hollywood Walk od Fame
Dolby Theatre, w którym odbywa się coroczna gala Oscarów

Kolejny dzień poświęciliśmy na odwiedzenie słynnych plaż: Venice Beach i Long Beach. Wróciliśmy także na plażę i molo w Santa Monica. Lunch, tradycyjnie już w burgerze In-N-Out, gdzie zamówiliśmy Secret Menu. Czyli pozycje z karty, nie zapisane nigdzie w lokalu, o których wiedzą jedynie nieliczni, którzy znaleźli podpowiedź w internecie. W Secret Menu był między innymi burger 4×4, czyli 4 razy kotlet i 4 razy ser. Taka przyjemność kosztowała 7$ czyli około 30zł.

Burgery z In-N-Out
Mural z Venice Beach
Namioty bezdomnych złożone w ciągu dnia, nieopodal Venice Beach
Pozdrowienia z Santa Monica

Tego samego dnia postawiliśmy na kontynuację rozpusty i pojechaliśmy zjeść Donaty u Randie’go. Na zdjęciu możecie zobaczyć dlaczego ta mała budka z Donatami tak wyróżnia się spośród innych. W temacie jedzenia pozostaliśmy już do końca podjeżdżając do najstarszego zachowanego McDonald’s na świecie. Jest to zarazem drugi otwarty lokal tej marki. Pierwszy został bezpowrotnie zamknięty. A ten, który odwiedziliśmy posiada muzeum McDonald’s oraz typową budowę zachowaną od początków jego istnienia.

Randy’s Donuts
Najstarszy zachowany McDonald’s

Wieczór zakończyliśmy oglądając panoramę miasta z obserwatorium astronomicznego – Griffith. Oświetlone Los Angeles, oglądane ze wzgórza, to było godne pożegnanie Kalifornii. Kolejnego dnia mieliśmy w planach nie spóźnić się na lot powrotny oraz pożegnać z połową ekipy, która wyruszała w dalszą podróż. Jakież było nasze zaskoczenie na lotnisku, kiedy to zaoferowano nam 800$ za pozostanie jeden dzień dłużnej w Mieście Aniołów. Tak. 800$/osobę, za to, że polecimy do domu dzień później. Linie lotnicze często sprzedają więcej biletów niż mają miejsc w samolocie. Zawsze zdarzy się ktoś, kto nie poleci. Tym razem, wyjątkowo sytuacja była zgoła odwrotna. Na lot stawili się wszyscy pasażerowie z pełnoprawnymi biletami. Gdyby ktoś nie mógł polecieć, z winy linii, mógłby zażądać wysokiego odszkodowania. Poszukiwano zatem ochotników, którzy zgodzą się na stosunkowo niskie odszkodowanie czyli jakieś 3 tys złotych. Nie myśląc wiele chętnie przyjęliśmy voucher na 800$ i udaliśmy się do terminala obok aby przygotować się do nocy na lotnisku.

Panorama Los Angeles oglądana z obserwatorium Griffith

Dodam tylko, że spanie na lotnisku tylko brzmi tak źle, po pierwsze to nie był pierwszy raz. Po drugie, rano znaleźliśmy przy walizkach wodę w butelkach, świat jest pełen dobrych ludzi. Bezdomni, którzy normalnie nocują na LAX, tak, najpopularniejsze lotnisko w Los Angeles, ma swoich stałych mieszańców, nie wchodzili nam w drogę, a my im. Każdy znalazł swoje krzesło do snu. W Starbucks dostaliśmy kubek z gorąca wodą za free, w którym mogliśmy zrobić sobie zupkę chińską, taaak. Zarobione właśnie 3 tyś były na tyle nierealne, że nie kupiliśmy sobie normalnej kolacji. Drugiego dnia zwarci i gotowi na lot, stawiliśmy się przy bramce. Okazało się jednak, że mają dla nas pewną propozycję. Jak się można domyślać, taką samą jak dzień wcześniej. Wtedy serce zaczęło walczyć z rozumem.

Zupka chińska w kubku ze Starbucks

Z jednej strony kolejne 3 tyś za kolejny dzień w LA, z drugiej psychiczne nastawienie, że podróż dobiegła końca, a po 12 godzinach lotu i kilku godzinach w pociągu zobaczymy bliskich… Zdrowy rozsądek wygrał. Wynajęliśmy hotel, zamówiliśmy ubera i poszliśmy do sklepu ,,wszystko za dolara”, żeby kupić przekąski na wieczór. Bogatsi o prawie 7 tyś trzeciego dnia w końcu wsiedliśmy do samolotu, żeby zakończyć podróż po zachodniej części USA. Tym samym, dzięki końcowym przygodom, koszty naszej podróży się wyzerowały. Ale o finansach i zarobkach na Campie – czyli obozie letnim dla dzieci, na którym pracowałam, opowiem innym razem.

Pierwszy samolot, którym NIE polecieliśmy

A tymczasem, mam nadzieję, że jeśli ktoś z Was usłyszy kiedyś magiczne ,,overbooking” to bogatszy o wiedzę, z tego wpisu, stanie się również bogatszy o jakiś ładny voucher.

Do poczytania niebawem, Kate.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s