Australijska zima – przeżyłam, czyli pro tip jak nie zamarznąć w Australii.

Zimowe cytryny z mojego ogrodu

Zima w Australii!?

– Pierwsze słyszę!

– Zdziwieni??

Ja kilka lat temu też byłam zaskoczona, że te wszystkie pająki i węże czasem muszą zmarznąć. Swoją drogą to taki żart. Bo chyba przydałby się wpis, który obali mit, że w Australii wszystkie zwierzęta chcą nas pożreć. Ale jak złapię więcej doświadczenia w tym temacie, to obiecuję rozwinąć wątek. Tymczasem mam całkiem spore doświadczenie w przetrwaniu Australijskiej zimy gdyż… Dziś pierwszy dzień wiosny!!! Co więcej, zimę spędziłam w prawie najzimniejszej części tego kraju. Koronawirus nie chciał negocjować i zamknął mnie w Melbourne, także nie miałam wyboru. Jak się nie ma co się lubi…

Klimat w Australii. Dlaczego Australijska zima to Polska jesień?

Na pytanie o klimat odpowie przypomnienie z lekcji geografii. Pozdrawiam wszystkich swoich nauczycieli i od razu proszę o wybaczenie, bo ze szkoły niewiele pamiętam na temat stref klimatycznych, ba! Ja to nawet mapy świata za dobrze nie ogarniam dopóki do danego miejsca/kraju nie dotrę, więc jak widać praktyka, praktyka i jeszcze raz – mniej teorii. Na szczęście kilka ruchów kciukiem i już mam teoretyczny obraz rzeczywistości na swoim smartfonie. To, że Australia jest spora większość osób wie. Ale jest na tyle duża (w rozciągłości południowej), że występują w niej, aż trzy strefy klimatyczne, już nie każdy wiedział (można się przyznać w komentarzach). Miałam w tym miejscu się wymądrzać jakie strefy występują, w której części Australii itp., itd. ale samo czytanie o tym, w Wikipedii, mnie znudziło więc i Ciebie znudzi. Zatem oszczędzimy sobie tego i opowiem Ci jak zmarzłam w lipcu, w domu, a to ciekawe. Bo marzłam bardziej w pokoju niż będąc na zewnątrz…

Ogrzewanie w Australii

[Zaznaczam, że moje opowieści są czysto subiektywne i bazują na doświadczeniu jednej pełnej zimy, spędzonej w starym, Australijskim domu, w Melbourne.]

Dom rodzinny (w Polsce) kojarzy mi się z ciepłem. Gorącem, upałem – szczególnie zimą, kiedy temperatura wewnątrz była utrzymywana na poziome +/-22°C całymi dniami. Wracając ze szkoły/pracy z przyjemnością zakładałam krótsze spodenki i letnią piżamę. W Australii wracając z pracy/zakupów do swojego wyjściowego stroju dokładałam szalik/czapkę/kolejny sweter i tak mogłam zabierać się za przygotowywanie obiadu. Dlaczego? Stary dom, który wynajmuję nie ma centralnego ogrzewania, a jedynie małe gazowe lampy, które nie są w stanie utrzymać wysokiej temperatury w całym domu. Włączona lampa ogrzeje jedno pomieszczenie, jednak wystarczy otworzyć drzwi na korytarz – nie ogrzewany i już temperatura gwałtownie spada.

Dodatkowym problemem był koszt ogrzewania całego domu, który liczy trzy pokoje, obszerny salon, łazienkę, toaletę, kuchnie, spiżarnie, ganek… Ogrzewanie tak dużego metrażu wiązałoby się z ogromnymi kosztami, a jak wiecie z mojego instagrama i poprzednich wpisów, próbowałam jakoś przetrwać czasy koronawirusa bez stałej pracy.

Jednak logicznie myśląc, okazuje się, że znam jeden sposób aby podnieść temperaturę w sypialniach chociaż o kilka stopni. Wystarczyłoby aby okna wychodziły na stronę północna nieba, gdzie przez większość dnia świeci słońce. Niestety, chyba podczas budowy nikt nie wpadł na tak banalne rozwiązanie i cieplej było w kuchni i toalecie, które wychodzą na północ, niż w mojej sypialni. Ja się tutaj wymądrzam ale może Australijczycy bardziej boją się upału niż zimna i zbudowali ten dom celowo w ten sposób? Bo przecież latem, cały dzień nagrzewana słońcem sypialnia to nic przyjemnego… Niestety o zamiarach architekta raczej się nie dowiem, z resztą, ten dom niebawem zniknie z powierzchni ziemi więc nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem…

[Północ. Nie pomyliłam się, na półkuli południowej, na której się znajduję, słońce świeci mi z północy. Tak, też byłam mocno zdziwiona.]

Te wszystkie udogodnienia i niedogodności sprawiły, że od maja do sierpnia trochę w Australii zmarzłam. Ale mogę to porównać do polskiej jesieni lub nawet wiosny. Deszczowych dni nie naliczyłam za wiele, a głównym problemem były chłodne poranki, kiedy ciężko było wyjść spod ciepłej kołdry. Najniższe temperatury pojawiały się nad ranem i czasem do 10 rano można było porządnie zmarznąć (5°C to dla mnie zmarznąć, jak szybko człowiek zapomina o – 20°C i prawdziwej polskiej zimie…) Mimo tych doświadczeń wiem, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i dziś na swoim instagram stories (zapraszam do obserwowania, jeśli jeszcze Cie tam nie ma, u Kate.Landing codzienne filmiki prosto z Australii!) skaczę z radości na wieść, że dziś pierwszy września – czyli rozpoczynam kalendarzową wiosnę. I pomyśleć, że dziesięć lat temu pierwszy września był dla mnie przykrym dniem powrotu do szkoły… Jakie to życie przewrotne!!

Reasumując – zima w Melbourne okazała się nie taka straszna jak się spodziewałam. Kilka dni deszczowych w miesiącu, pozostałe słoneczne. Krótkie dnie dawały się we znaki ale to domena zimy, nie ma co narzekać. Jednak sam klimat był przyjemny, róże przestały kwitnąć jedynie na miesiąc, a trawa – ciągle zielona, tylko trochę wolnej rosła. Niektóre drzewa straciły swoje liście, a inne rozkwitły pięknymi, jesiennymi kolorami. Cytryna od marca nieprzerwanie wydaje owoce i nie zamierza zaprzestać. Mandarynka w tym roku niestety kapryśnie owocowała tylko w lipcu i sierpniu. Przez trzy zimowe miesiące maksymalnie trzy dni temperatura w ciągu dnia nie osiągnęła 10°C, a w najzimniejszym, teoretycznie lipcu zdarzyło mi się rozwieszać pranie na zewnątrz ubraną w japonki. Koniec sierpnia zaczął budzić przyrodę z lekkiej drzemki i pojawiło się wiele kwitnących roślin, a zapach wiosny uderzał po nozdrzach. Należy pamiętać, że to co ja – Polka, kojarzę ze słowem zima, to dla Australijczyka abstrakcja. Niektórzy z nich nigdy nie widzieli śniegu gdyż pojawia się on tutaj sporadycznie i po godzinie znika. Mimo łagodnego przebiegu australijskiej zimy, jeśli uda mi się przedłużyć mój pobyt tutaj, o kolejne lata, to nie zamierzam już marznąć… Jest na to sposób, tytuł to nie click bajt.

Czerwcowa jesień w parku
Wiosenne żonkile, które zakwitły 1. lipca
Róże, które ‚zimowały’ jedynie miesiąc
Sierpniowe pąki na drzewie

Uwaga, uwaga. Odpowiedź na pytanie tytułowe – jak nie zamarznąć/zmarznąć.


Muszę jak zwykle powrócić do meritum i napisać jaki jest pro tip aby w Australii nie zmarznąć bo zamarznąć chyba byłoby ciężko, nawet bardzo się starając. Chyba każdy Australijczyk powie to samo. Lato na południu, zima na północy. Mam zamiar kierować się tym cytatem przez kolejne miesiące i tym samym hucznie ogłaszam, że w tym miesiącu ruszam na północ! Popełniając wielki fail, gdyż kiedy robi się ciepło i powinnam zostać na południu, ja ruszam w tropiki. Kobiety nie zrozumiesz. Tak naprawdę to wyruszam w poszukiwaniu pracy i mam nadzieję, że po drodze spotkam coś na tyle ciekawego aby to tutaj opisać.

Tym razem, z pełnym przekonaniem o rychłym powrocie, żegnam się jak zawsze, do poczytania niebawem – Kate!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s